Chłodna ocena LiDu przez Millera

Rozpromieniony Wojciech Olejniczak wołał: `LiD to jest hit”. W koalicyjnym uścisku pod hasłem `Nowa polityka, nowa nadzieja` trwali obok siebie Geremek ze Szmajdzińskim, Lityński z Janikiem, Onyszkiewicz z Borowskim. Nawet szefowie OPZZ i ZNP pozbyli się zwykłej niechęci do liberałów z Partii Demokratycznej. Uśmiechając się szeroko, myśleli, że kto, jak kto, ale Aleksander Kwaśniewski nie może się mylić. Tak było w dniu inauguracji kampanii wyborczej na ul. Rozbrat.
Były prezydent był zachwycony. Jego marzenia wreszcie się spełniały. Kreślił wizję wielkiego przełomu. Przyjaciele z dawnej Unii Wolności mogli w końcu wejść do parlamentu. I to w pokaźnej grupie, bo Olejniczak dumnie zadeklarował, że jego plan minimum to 18 proc. poparcia i 100 mandatów w Sejmie. Malkontentów oraz tych, którzy nie dorośli do genialnego planu, nie było w sali. Odeszli sami albo zostali usunięci z list wyborczych. Nic nie stało na drodze do wielkiego sukcesu.

Zatrważający bilans LiD
Pół roku po `triumfie” w warszawskiej kawiarni Szparka lewicowy spin doktor Sławomir Sierakowski wręczył Olejniczakowi przemówienie grzebiące lewicę z demokratami. Szef `Krytyki Politycznej` przekonał bez trudu swojego intelektualnego wasala, że lepsza od LiD jest koncepcja LbD - `Lewica bez Demokratów`. W SLD narastał bunt przeciw LiD i Olejniczak miał tego świadomość. Potrzebował tylko jakiegoś uzasadnienia, a Sierakowski podawał mu je na tacy.
Bilans obecności w LiD był dla SLD zatrważający. Przegrane wybory samorządowe w 2006 r. Porażka w wyborach parlamentarnych i najmniejsza w historii - aż o 14 mandatów mniej w stosunku do ostatniej kadencji - liczba posłów. Systematyczny zjazd w sondażach, aż do żenujących 4 proc. Wreszcie obolałe plecy, po których z uśmiechem na ustach do sejmików wojewódzkich i parlamentu weszli zmartwychwstańcy z SDPL i PD. Do tego wszystkiego wewnętrzne podziały zmuszające wielu członków do rezygnacji z członkostwa. Jedynym wymiernym efektem wysiłku sojuszu włożonego w budowanie LiD było wprowadzenie do Sejmu partii Marka Borowskiego, który ostatnie cztery lata poświęcił na kopanie SLD. Strach przed zbliżającym się kongresem sojuszu i nieuchronną odpowiedzialnością były silniejsze niż cokolwiek innego. Nieprzesadnie charyzmatyczny przywódca SLD bez uprzedzenia swoich koalicjantów ani własnych towarzyszy postanowił obwieścić koniec LiD, uciekając do przodu z nadzieją, że wroga w stosunku do niego część SLD już go nie dogoni.

Od porażki do porażki
Dla Aleksandra Kwaśniewskiego wiadomość o powstaniu LiD była `najbardziej optymistyczną wiadomością z Polski”. Czekając na oficjalne zaproszenie do objęcia przywództwa, były prezydent skromnie pominął swój udział w budowaniu tego tworu, wiedząc doskonale, że wchodząc do mieszkania młodego małżeństwa, nie powinno się opowiadać o znanych osobiście zaletach pani domu.
Wyborcy nie dorośli jednak do wielkiej wizji. LiD nawet się nie zbliżył do zobowiązania Olejniczaka o stu mandatach. Nie mogło być inaczej, skoro inspiracją jego utworzenia nie była inicjatywa oddolna i spontaniczna, ale porozumienie związku polityczno-towarzyskiego. Dostrzegając sztuczność tego tworu, ludzie lewicy nie chcieli głosować na chełpiących się solidarnościowym rodowodem antykomunistów, a dawni wyborcy UW nie mogli znieść mezaliansu swoich bohaterów z czerwonymi. Dobitnie dotknęło to gwiazdę PD Jana Lityńskiego, który nawet z pierwszego miejsca na liście wałbrzyskiej nie zdobył mandatu. Klęska pomysłu Kwaśniewskiego jest wypadkową wcześniejszych porażek zamiatanych pod dywan przez życzliwe media. Żadna z nich nie była jednak tak spektakularna. Ani ugrupowanie budowane na fundamencie referendum europejskiego, ani Partia Demokratyczna, czyli próba ściągnięcia do jednego ugrupowania polityków SLD i Unii Wolności, ani pomysł SDPL Borowskiego nie przyniosły rezultatów. Za każdym razem były to towarzysko-salonowe konwentykle, które szybko się rozsypywały lub nie odgrywały spodziewanej roli. Niezrażony niepowodzeniami Kwaśniewski nadal starał się budować polską lewicę według swoich rachub i sympatii. Gwoli prawdy - miał w tym wielu wpatrzonych w niego sojuszników.
`Zawierając porozumienie lewicy i demokratów, mówimy: jest alternatywa, polska polityka nie musi być wyborem między dżumą a cholerą, między prawicą populistyczną a liberalną” - szedł Kwaśniewskiemu w sukurs Olejniczak. Marek Borowski określił utworzenie LiD jako wydarzenie `znaczące, ważne, a w przyszłości być może historyczne`. `Trzeba umacniać LiD, bo lepszego projektu w tej chwili nie ma` - wtórował mu Jerzy Szmajdziński. A Krzysztof Janik przekonywał, że członkowie koalicji dobrze się uzupełniają: SLD ma struktury, ale nie ma środowiska. Demokraci nie maja struktur, ale mają środowisko i zaplecze intelektualne. `Mam znajomą, która jest szefem dużej firmy. Na SLD nie chce głosować z powodu lewicowego programu, na PD też nie ze względów biograficznych, ale na LiD już zagłosuje` - entuzjazmował się Janik.

Głos profesora
Zdając sobie sprawę, że głosy oddanych przyjaciół Kwaśniewskiego to za mało, liderzy SLD sięgnęli po autorytet naukowy. Na ich zlecenie, w styczniu 2008 r. powstał reklamowany szeroko raport `Ocena wyniku wyborów i perspektywy centrolewicy”. Dokument ten, firmowany przez prof. Janusza Reykowskiego, zawiera wszystkie ulubione i `słuszne` do niedawna tezy. Stwierdza, że dzięki utworzeniu LiD powstały przesłanki do odbudowy lewicy i centrolewicy, jako drugiej siły politycznej w Polsce. Powstanie LiD, które spowodowało symboliczne przezwyciężenie podziału na `postkomunizm` i `postsolidarność`, przyczyniło się w największym stopniu do poprawy wizerunku sojuszu. W efekcie pomijając grupy zdeklarowanie antykomunistyczne w wielu innych środowiskach `partia zaczęła się jawić, jako potencjalnie poważna alternatywa dla prawicowych ekscesów`. Opracowanie stwierdza dalej, że duże znaczenie ma sam fakt istnienia formacji złożonej z różnorodnych podmiotów, które w przeszłości pozostawały w napiętych stosunkach. Zdolność do przezwyciężania uprzedzeń, do negocjacyjnego rozwiązywania wewnętrznych różnic i sprzeczności jest świadectwem politycznej dojrzałości uczestników takiego porozumienia i dowodzi, że `LiD jest formacją o dużym potencjale koalicyjnym dla ruchów o lewicowej i centrolewicowej orientacji`.
W raporcie czytamy, że przegrana PiS i objęcie władzy przez koalicję PO-PSL wyznaczają dla LiD bardzo poważną rolę - może to być ugrupowanie, od którego zależeć będzie, czy PiS lub jakaś mutacja tej partii będzie miała szanse powrotu do władzy. Taka możliwość może się okazać realna zarówno wtedy, gdy koalicja PO-PSL poniesie klęskę w przyszłych wyborach, jak też wtedy, gdy tracąc część poparcia, przestanie być zdolna do samodzielnych rządów. Wówczas na porządku dziennym pojawi się problem nowych koalicji. W tej sytuacji losy kraju zależeć będą w niemałym stopniu od kondycji LiD i od strategii politycznej przez nią wybranej.
Ciekawe, jak czuje się prof. Reykowski, kiedy wie już, że losy kraju nie będą zależeć od kondycji LiD. Czy nie czuje się wykorzystany i ośmieszony przez swych tak elastycznych mocodawców? Jak czują się wyborcy LiD, których przekonywano o zaletach tego tworu, a dowiedzieli się właśnie, że był to tylko wyborczy żart? Co myślą członkowie SLD, których łamano lub wyrzucano, bo nie mogli lub nie chcieli przyjąć fantazji Kwaśniewskiego i reszty za własne?

Kto następny?
“LiD to jest kit” wołają teraz ci, którzy jeszcze niedawno woleli pomarańczowe barwy LiD niż czerwień SLD. Oficjalnym powodem rozstania z Demokratami ma być programowa niezgodność, przy czym Olejniczak potrzebował dwóch lat, aby dostrzec `zasadnicze różnice między SLD, a PD, których nie da się pogodzić”. Zabawne, bo rozbieżności były jasne od początku i tylko ślepe kocięta nie mogły ich zobaczyć. Silniejsza od różnic była chęć znalezienia się w towarzystwie `lepiej urodzonych`. Olejniczak i spółka, uznając, że SLD może wyjść z kłopotów dzięki uzyskaniu od PD świadectwa moralności, przystawili sojuszowi stempel partii koncesjonowanej. Ten stygmat pozostanie mimo likwidacji LiD, świadcząc o tym, że w tym gronie przymus posiadania mentora jest silniejszy niż potrzeba politycznej samodzielności.
Od dawna twierdziłem, że LiD jest pomyłką. Połączenie z działaczami dawnej Unii Wolności mogło się dokonać tylko przy słabym, a nie silnym SLD. Wszystko, co temu służyło - łącznie z aferą Rywina - miało skryte lub jawne poparcie Kwaśniewskiego i odczułem to także na własnej skórze. Znane hasło `Gazety Wyborczej”: `Zatrzymać SLD` znalazło przy tej okazji swoje praktyczne zastosowanie. Żegnam LiD bez żalu, ale też nie podzielam opinii, że zerwanie z PD jest ze strony Olejniczaka dowodem strategicznej emancypacji. To nie potrzeba samodzielności, a lęk przed rozliczeniem i strach przed oszukanymi wyborcami piszą dziś kolejny rozdział w historii mojej byłej partii.

Lewica w szparce. źródło: “Wprost” 7 kwietnia 2008 r.

Tagi: , ,